logo_top

„Konieczna jest wola polityczna” – o odbudowie Pałacu Saskiego


Konieczna jest wola polityczna, która w kulturalny i cywilizowany sposób doprowadzi do realizacji tej inwestycji- rozmowa z Michałem Borowskim o odbudowie Pałacu Saskiego i przestrzeni publicznej w Warszawie.

Zapraszamy do lektury wywiadu z Panem Michałem Borowskim – architektem, historykiem sztuki, byłym Naczelnym Architektem m. st. Warszawy oraz byłym Pełnomocnikiem Prezydenta m.st. Warszawy ds. budowy Pałacu Saskiego.


Saski 2018: Stowarzyszenie Saski 2018 od początku działalności stara się przypominać o ostatniej nieudanej próbie rekonstrukcji Pałacu Saskiego i Pałacu Brühla w Warszawie. W latach 2004-2006 jako naczelny architekt miasta uczestniczył Pan w przygotowaniu procesu inwestycyjnego zmierzającego do odbudowy zachodniej pierzei Placu marsz. Józefa Piłsudskiego.

Michał Borowski: Nie pamiętam, w którym dokładnie roku, ale chyba… jeszcze w 1995 r., kiedy Prezydentem m.st. Warszawy był Marcin Święcicki, a architektem miasta – Henryk Drzewiecki, brałem udział w opracowaniu wytycznych dla sporządzania miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, w których przewidywano, między innymi odbudowę Pałacu Saskiego. Było to w ówczesnych czasach kompletnie normalne i naturalne. Dyskusja była bardziej może o tym, czy forma ma dopuszczać elementy nowoczesne, czy ma być formą taką, jaką pamiętamy z przedwojennych zdjęć.

Byli też oczywiście tacy, co cały czas uważali, że nie należy odbudowywać zachodniej pierzei Placu Piłsudskiego, tylko zagospodarować ją zielenią. Wyszło jednak na to, że Pałac Saski i Pałac Brühla trzeba odbudować. Co więcej, uważano, że należy nadać im formę historyczną. Pamiętajmy przy tym, że wtedy nie było jeszcze budynku Metropolitan. Dyskutowano również o tym, żeby zbudować coś na kształt oficyn po obu stronach Placu Piłsudskiego, które nadałyby temu miejscu formę. Dzisiaj mamy hotel Victoria i mamy Metropolitan. Można zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście stanowią one właściwe zagospodarowanie północnej i południowej strony placu?

Niewątpliwie debaty nad zagospodarowaniem Placu Piłsudskiego mają swoją bogatą historię i nie było to niczym nienaturalnym, gdy w 2004 r. rozpoczęliśmy realizację decyzji ówczesnego Prezydenta m.st. Warszawy – Lecha Kaczyńskiego – o odbudowie Pałacu Saskiego. Wraz z Mirosławem Kochalskim podjęliśmy się wykonania zadania od Prezydenta.

Ceremonia podpisania umów na obudowę Pałacu Saskiego i rewitalizację Krakowskiego Przedmieścia - 21 czerwca 2006 r.S2018: Chcieliśmy Pana zapytać czy wie Pan, jakie zdjęcie znajduje się na Wikipedii w artykule poświęconym panu Michałowi Borowskiemu?

M.B.: [śmiech] Nie, nie, nie…

S2018: Jest to zdjęcie z ceremonii podpisania umowy na odbudowę Pałacu…

M.B.: Aaa… tak, oczywiście, że tak! Pamiętam! To było w lipcu… albo w czerwcu.

S2018: Tak. To zdarzenie miało miejsce w czerwcu 2006 roku. Wówczas, razem z umową na odbudowę Pałacu Saskiego, podpisano umowę na rewitalizację Traktu Królewskiego i dzisiaj nikt sobie nie wyobraża Krakowskiego Przedmieścia…

M.B.: Tak, tak. Jak to było? Morze asfaltu…

S2018: Koncepcja obudowy Pałacu Saskiego była szerzej wpisana w rewitalizację Krakowskiego Przedmieścia i stworzenia przestrzeni reprezentacyjnej w centrum Warszawy. Mamy już dziesiątą rocznicę podpisania tych umów. Czy dziś, gdyby nie zaniechano rekonstrukcji Pałacu Saskiego, warszawiacy mogliby sobie wyobrazić Plac Piłsudskiego bez tego budynku?

M.B.: Myślę, że należałoby powiedzieć, że podwyższenie czy nawet stworzenie, nazwijmy to nowej jakości w przestrzeni publicznej Warszawy, było jednym z założeń działalności Lecha Kaczyńskiego, jako prezydenta Warszawy.

Podpisywałem się pod tym obiema rękoma i było to jedno z moich najważniejszych zadań jako Naczelnego Architekta Miasta Stołecznego Warszawy. Trwało to raptem niecałe trzy i pół roku, ale bardzo wiele zrobiliśmy w tym kierunku. Od czegoś trzeba było zacząć, prawda? Niestety ani Plac Trzech Krzyży, ani Plac Piłsudskiego, ani Plac Teatralny i Plac Bankowy do dziś nie uzyskały tej formy, jaką miały uzyskać.

Uważam, że my jesteśmy bardzo opóźnieni w podejściu do przestrzeni publicznej. Trochę tak, jakby to nikogo w ogóle nie obchodziło. A przecież Warszawa powinna czerpać z wzorów innych miast europejskich, takich jak: Sztokholm, Mediolan czy Kopenhaga.

Ceremonia podpisania umów na obudowę Pałacu Saskiego i rewitalizację Krakowskiego Przedmieścia - 21 czerwca 2006 r.Plac Piłsudskiego miał oczywiście zostać zagospodarowany w ramach szerszych planów dotyczących całego Traktu Królewskiego. Od Zamku Królewskiego począwszy, a skończywszy na Wilanowie. Trzeba to było robić krok po kroku, a odbudowa Pałacu Saskiego miała być jednym z nich. Ówczesną przewodnią myśl dotyczącą przestrzeni publicznej w Warszawie cechowało swoiste porozumienie, które miało miejsce między prezydentem Lechem Kaczyńskim a ministrem kultury – Waldemarem Dąbrowskim. Istniało wspólne zrozumienie pewnych potrzeb i na podstawie tego porozumienia można było wiele rzeczy zrobić.

Niestety, obecne władze Warszawy plany te zupełnie porzuciły… W tym kierunku nie są podejmowane żadne nowe inicjatywy. Zarówno, jeżeli chodzi o Plac Piłsudskiego, jak i inne przestrzenie reprezentacyjne w Warszawie. I tak jest przez całe lata „panowania” pani Prezydent. Jak gdyby to zostało odsunięte w ogóle na boczny tor, cała przestrzeń publiczna, jako zadanie samo w sobie.

S2018: W 2004 roku, gdy rozpoczynał się pierwszy przetarg na odbudowę Pałacu Saskiego, mówił Pan, że: „[poprzednie] podejścia nie były poważne. NBP i MSZ składały mgliste obietnice, a późniejszy przetarg na wyrwany z kontekstu fragment pierzei też nie miał sensu. Teraz jest inaczej. Mamy wreszcie koncepcję odbudowy całości pierzei. Jestem optymistą.”

M.B.: Przede wszystkim zostały podjęte skuteczne kroki w celu jedynego w swoim rodzaju nabycia przez miasto roszczeń do działki na rogu ul. Królewskiej i Placu Piłsudskiego. Były to pierwsze i jedyne takie działania, w ramach których roszczenia zostały odkupione przez miasto w celu inwestycyjnym.

Można to było dalej kontynuować, ale zrobiono to właśnie w tym zamiarze – jak odbudowywać to odbudowywać całą pierzeję od ul. Królewskiej aż do Pałacu Brühla. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby odbudować zachodnią pierzeję Placu Piłsudskiego aż do ulicy Wierzbowej.

Ceremonia podpisania umów na obudowę Pałacu Saskiego i rewitalizację Krakowskiego Przedmieścia - 21 czerwca 2006 r.S2018: W 2004 roku był pan optymistą. Dwa i pół roku później, w trakcie ceremonii podpisania umowy na odbudowę Pałacu Saskiego, prezydent Lech Kaczyński mówił, że inwestycja napotkała olbrzymie problemy. Skąd brały się takie przeszkody w trakcie inwestycji, jak np. zwrot działki pod Grobem Nieznanego Żołnierza na rzecz Skarbu Państwa?

M.B.: Najważniejsza jest wola polityczna. Jeżeli jest wola polityczna, która mówi, że ma być, to wtedy wszystko można. Wszystkie późniejsze „przeszkody” były więc wynikiem woli politycznej obecnych władz Warszawy, żeby z pewnych względów tego nie zrobić. Podobnie było z przyczynami przerwania odbudowy Pałacu Saskiego. Moim zdaniem główną przyczyną było to, że Pani Prezydent musiała od tego odstąpić ze względów politycznych. Decyzja była taka, żeby to wszystko wstrzymać. Pani Prezydent rozwiązała więc umowę z Budimex-Dromex, chociaż myślę, że Pałac Saski mógł zostać wówczas ukończony. Kiedy ceny, a zarazem koszty poszły w górę, wykonawca był zobowiązany do realizowania przetargu na warunkach, jakie wydusiliśmy od niego wcześniej razem z Mirosławem Kochalskim. To były twarde negocjacje i wielka szkoda, że umowę po prostu rozwiązano bez rozliczeń. To nie było do końca biznesowe podejście.

Była to zatem wyłącznie czysta decyzja polityczna. Dla miasta wydatki w skali 100 czy 200 mln złotych nie mają większego znaczenia, przy wpływach i wydatkach rzędu 24 miliardów. W szufladzie zawsze leży kilkadziesiąt milionów. Wynika to na ogół z tego, że nie zrealizowano czegoś innego. Odbudowę Pałacu Saskiego wstrzymano nie z powodu kwestii finansowych… Była to tylko pozorna przeszkoda. W istocie, moim zdaniem, odbudowę przerwano z powodu decyzji czysto politycznej.

Jednak, chcąc nie chcąc, Pani Prezydent bardzo wiele innych inwestycji kontynuowała…

S2018: Należy przyznać, że wszystkie pozostałe sztandarowe inwestycje zainicjowane za czasów warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego zostały dokończone. Jako naczelny architekt Warszawy był Pan również zaangażowany w te projekty.

M.B.: [śmiech] Jest to śmieszne, ale jestem ostatnim, że się tak wyrażę, naczelnym architektem Warszawy. Duża ilość projektów musiała być kontynuowana, jak np. Centrum Nauki Kopernik czy nawet Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Z drugiej strony, opisałbym to jako działalność w stylu: kontynuowanie i nie-kontynuowanie w tym samym czasie. Z jednej strony idziemy w lewo, a z drugiej strony idziemy w prawo. Ale jednak, co do zasady kontynuowano inwestycje rozpoczęte za poprzedniej kadencji… Nawet metro. Przecież decyzja o budowie II linii metra była podjęta za czasów prezydenta Kaczyńskiego. Wtedy rozpoczął się przetarg i to wtedy podjęto decyzje. Uczestniczyłem nawet przy wyznaczaniu przystanków – to było zaraz przed odejściem prezydenta.

Na szczęście po objęciu urzędu przez Panią Prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz było to kontynuowane. A Pałac Saski można było przerwać… Wszystkie przyczyny z tym związane to były tylko preteksty, wyłącznie po to, żeby tego nie robić. Żeby już zakończyć tę myśl – uważam, że przerwanie odbudowy Pałacu Saskiego to była tylko i wyłącznie decyzja polityczna. To w ogóle nie opierało się na żadnych innych przesłankach. Taka była decyzja, żeby przestać i koniec, a reszta była dorobiona. Według mnie, to nie ulega wątpliwości.

Strategia rozwoju Warszawy do 2020 rokuS2018: W Strategii Rozwoju Miasta do roku 2020, tuż po słowie wstępnym Lecha Kaczyńskiego zamieszczono wizualizację Pałacu Saskiego, a w dokumencie jako konkretne zadania do realizacji zostały wpisane: „zadanie 5.2.4.1. Odbudowa Pałacu Saskiego”, „zadanie 5.2.4.2. Odbudowa Pałacu Brühla” oraz „zadanie 5.2.4.3. Odbudowa narożnej kamienicy zachodniej pierzei pl. Piłsudskiego”.

Obecnie miasto przystąpiło do aktualizacji strategii do roku 2030. W odpowiedzi na interpelację dotyczącą odbudowy Pałacu Saskiego, wiceprezydent miasta Pan Jacek Wojciechowicz wskazał, że: „zgodnie z powszechnie obowiązującymi standardami oraz zasadami przyjętymi w procesie aktualizacji strategii rozwoju, strategia jest długookresowym dokumentem kierunkowym, definiującym wizję miasta oraz wyznaczającym cele. W związku z tym, strategia nie powinna zawierać żadnych konkretnych działań, czy zadań i już na tym etapie prac, można jednoznacznie stwierdzić, że dokument nie będzie zawierał zadań do realizacji wskazanych w interpelacji, czyli odbudowy Pałacu Saskiego i odbudowy Pałacu Bruhla”.

Mając na uwadze to, co powiedział Pan o politycznych przyczynach odstąpienia od realizacji odbudowy Pałacu Saskiego oraz w związku z prawdopodobnym wykreśleniem Pałacu Saskiego ze strategii rozwoju miasta, chcieliśmy zapytać, czy Pałac Saski nie jest potrzebny dla spójnej koncepcji kształtowania przestrzeni publicznej w centrum Warszawy?

M.B.: Jak widzę tutaj, w Strategii Rozwoju Miasta, te wszystkie rysunki, to łza mi się w oku kręci. Albo byłem przy tym, albo sam to rysowałem, albo z kolegami zastanawialiśmy się, jak to przedstawić ludziom, żeby zrozumieli o co chodzi. Jest to bardzo wzruszające.

Wracając do tematu: mamy do czynienia z dwoma sprawami. Jedna to jest ocena obecnych władz Warszawy, jeżeli chodzi o ich działalność, nazwijmy to planistyczną czy zadaniową związaną z przestrzenią publiczną, bo tak to widzę. Druga sprawa dotyczy konkretnie odbudowy Pałacu Saskiego. Jestem pewien, że wcześniej czy później Pałac Saski zostanie odbudowany. Wcześniej czy później władze samorządowe będą się zachowywały tak, jak zachowują się władze samorządowe w innych miastach na świecie.

Nie można przez osiem lat udawać, że pewne zadania do realizacji nie istnieją przy możliwych jednocześnie różnicach zdań na jakiś temat. Nawet na temat odbudowy Pałacu Saskiego można mieć różne zdania. Ale jest rzeczą niesłychaną, że zostawia się całkowicie niezagospodarowaną sprawę dotyczącą przestrzeni publicznej, w skład której wchodzi również Plac Piłsudskiego. To co dzieje się z przestrzenią publiczną w Warszawie, to jest w ogóle okropne. Ja już nie mówię o innych placach w Warszawie, bo na Placu Piłsudskiego przynajmniej nie mamy żadnych budek. A jak to wygląda w innych miejscach? Nie będę klął. To wygląda po prostu… śmiesznie.

S2018: A plac Grzybowski?

M.B.: Po rewitalizacji placu Grzybowskiego, sam plac utracił wiele funkcji. To co jest dzisiaj zrobione, czyli dzieło sztuki – z mostkami i z wodą – jest jednak trochę dziwaczne. Potrzeba placu, gdzie można się gromadzić czy robić wystawę, placu do użytku. A tutaj zrobiono nawiązanie do słynnego Dotleniacza autorstwa Joanny Rajkowskiej. Ale czym innym jest ingerencja artysty w przestrzeń publiczną, a czym innym trwałe ukształtowanie przestrzeni publicznej. Czasem można postawić palmę, czasem można nawet postawić tęczę. Ale jako działanie miasta – jest to przecież śmieszne. I palma mnie śmieszy, a już nie mówię o tej tęczy. Już jej nie ma i coś się zmieniło, że jej nie ma? Była, nie ma… A z tą palmą może być przecież tak samo.

Ta bylejakość, o której się często mówi, której skutki widzimy w przestrzeni publicznej, przejawia się właśnie w tej tymczasowości. Dziś w Warszawie nie robi się rzeczy porządnie. A u nas jak coś trzeba zrobić porządnie, to jednak się robi najtaniej. Biedny nie ma, biednego nie stać, biedny stawia byle co. W Polsce mamy kulturę stawiania budek. I wszędzie to robimy tak? Biedny człowiek stawia budkę. Ta budka stoi potem na wieczność…. To samo dotyczy przestrzeni reprezentacyjnych, jak Plac Piłsudskiego, czy innych przestrzeni publicznych. Przejawia się to potem tym, że na ulicach mamy nierówne chodniki. Jak to wygląda na Mokotowie czy na Żoliborzu, czy w innych miejscach? A wygląda to jak wygląda, tak że nawet w szalenie bogatym Konstancinie, między tymi bogatymi domami miliarderów są ulice, które wyglądają jak rodem z piekła… Nierówne, bez chodników… Strasznie to wygląda.

A co do słów wiceprezydenta Wojciechowicza, to jak w ogóle można się do tego odnieść? Od ośmiu lat prowadzę z nim różnego rodzaju dyskusje… Uważam, że gospodarują oni przestrzenią publiczną w sposób tragiczny. Takie jest moje zdanie, nic na to nie poradzę i to nie jest nic osobistego. O porządku urbanistycznym, o tym czy można w Warszawie coś wybudować, czy nie, decyduje wiceprezydent Wojciechowicz. Dodatkowo są jeszcze radni z Komisji Ładu Przestrzennego, jak np. Michał Czaykowski. Oni, a nie żadni fachowcy, o tym decydują i decydują w wiadomy wszystkim sposób.

S2018: Tutaj pojawia się problem likwidacji urzędu naczelnego architekta miasta. Pan był ostatnią osobą pełniącą tę funkcję. Czy w oparciu o swoje doświadczenia uważa Pan, że współczesnej Warszawie potrzebny byłby taki urząd?

M.B.: Można powiedzieć, że jeżeli taki urząd miałby być symbolem świadomego rozwoju miasta – to tak. Uważam, że Warszawa potrzebuje naczelnego architekta miasta. Byłby to oczywiście pewien symbol, bo podobne funkcje można przecież różnie nazwać.

Z całą pewnością sztuka planowania miasta, to jest taka sztuka, gdzie albo się wierzy, że ona ma sens, albo się nie wierzy. W Polsce niestety się nie wierzy i to począwszy od każdej wsi, a skończywszy na wielkiej stolicy. Nikt nie wierzy w to, że można poprzez konsekwentną, a nawet trochę zmienną politykę, realizować spójne działania w kierunku uporządkowania przestrzeni.

Niedługo minie 30 lat od 1989 roku. W tym czasie bardzo mało zrobiliśmy. Szczególnie jak się przywoła przykład Berlina, gdzie w sposób niewiarygodny połączono dwa miasta. Przez pierwsze pięć lat nie robiono nic, tylko planowano i planowano. A potem ten plan realizowano. Senat berliński miał przedstawiciela, który się tym zajmował i nadzorował prace, ale oczywiście istniała też silna wola polityczna, żeby to zrobić.

Nie porównuję Warszawy do miast niezniszczonych przez wojnę czy komunizm, takich jak na przykład, Sztokholm czy Kopenhaga. To nie ma żadnego sensu. W Warszawie takiej ciągłości nie ma. To, że nie ma aktualnie urzędu naczelnego architekta, jest tylko dowodem na to, że nikomu nie zależy na posiadaniu ciągłości w podejściu do kształtowania przestrzeni w Warszawie. Budujemy tam, gdzie chcemy, a buduje ten kto ma najlepsze plecy, komu się uda uzyskać odpowiedni plan miejscowy albo warunki zabudowy. Przy wieloletnich procedurach przyjmowania planów miejscowych, wiecznym wykładaniu planów do uwag, a potem zmianach wprowadzanych przez radnych, ostatecznie można wprowadzić do planu niemal każdą rzecz.

Nie da się zapanować nad takim miastem, jak Warszawa, gdzie bardzo dużo się buduje. Ale przynajmniej trzeba chcieć. Nie mówię, że jest jakaś sprzeczność pomiędzy planowaniem, a rozwojem. Tej sprzeczności być nie powinno.

Ale to nie powinien być przypadek, czy się buduje tu, czy się buduje gdzie indziej. Niestety często jednak tak bywa. Należy nad tym zapanować, trzeba wiedzieć gdzie, jak, i trzeba marszczyć czoło, kiedy wychodzi inaczej. Te wszystkie place Warszawy, które były przeznaczone do rewitalizacji, dalej nie są zagospodarowane. Do czego to jest w ogóle podobne, żeby mieć taki Plac Defilad… albo jak w ogóle wygląda róg Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich? Budki, a na dole śmierdzi kebabem. I to jest centrum Polski?

Aktualna Prezydent Warszawy zdaje się w ogóle tego nie widzieć. W ogóle! To znaczy nie ze złej woli, tylko po prostu tego nie widzi, jak wiele innych osób. Na początku lat 90., to ja to jeszcze rozumiem, w 2000 roku potrafiłbym jeszcze zrozumieć, ale teraz? O czym tu mówić? To jest do zrobienia, ale tu trzeba świeżej krwi. Nie wiem, kto by to miał być i jak to wszystko zrobić, ale może jeszcze nie wszystko stracone.

Ceremonia podpisania umów na obudowę Pałacu Saskiego i rewitalizację Krakowskiego Przedmieścia - 21 czerwca 2006 r.S2018: A wracając jeszcze do Pałacu Saskiego…

M.B.: Konieczna jest wola polityczna, która w kulturalny i cywilizowany sposób doprowadzi do realizacji tej inwestycji z uwzględnieniem różnic poglądów, które mogą się w sprawie odbudowy Pałacu Saskiego pojawiać.

W Warszawie w tej sprawie nie ma obecnie żadnej woli. Po prostu nie ma. Pani Prezydent się tym nie zajmuje, zajmuje się tym Pan Wojciechowicz, a on się tym tak zajmuje, jak napisał… I co tu dodać, co tu ująć? Ponieważ mieszkałem trzydzieści lat w Sztokholmie, pozwala mi to z boku spojrzeć na sprawy jakości przestrzeni publicznej w Polsce. A jak patrzę na to z boku, to załamuję ręce… Wszyscy moi koledzy, w tym bardzo mili ludzie z Solidarności, tego w ogóle nie widzą. Oni są szczęśliwi, że weszliśmy do Unii, NATO, ale to, że pod nogami mamy taki gnój, nie stanowi dla nich problemu. Dziś potrzeba młodych ludzi, którzy to dostrzegą i będą mozolnie wszystko odkręcać.

S2018: A przechodząc do Pana doświadczeń ze Szwecji: czy mieszkał Pan może kiedyś w sztokholmskiej dzielnicy Södermalm?

M.B.: Miałem tam biuro przez kilkanaście lat. Dokładnie w tych kwartałach i blokach, w których się rozgrywała trylogia kryminalna Millenium Stiega Larssona – na Bellmansgatan. Dlaczego Pan o to pyta?

S2018: Nad Södermalm góruje kościół Katarzyny (szw. Katarina kyrka), który spłonął w 1990 roku. Zawaliła się wówczas kopuła, a wyposażenie kościoła uległo znacznym zniszczeniom. Był to kolejny pożar tego kościoła (pierwszy w 1723 roku), ale w latach dziewięćdziesiątych podjęto decyzję, żeby kościół odbudować drugi raz – jako ważny element krajobrazu i historii Sztokholmu. Zadecydowano, że Kościół Katarzyny należy odbudować w historycznej formie, z wykorzystaniem historycznych materiałów i historycznych metod konstrukcji, tak żeby historię tego kościoła dla miasta odzyskać.

Chcieliśmy Pana zapytać jako mieszkańca Sztokholmu, ale również jako historyka sztuki, jaki jest Pana stosunek do rekonstrukcji w architekturze w ogóle? W ostatnich latach część historyków sztuki wyrażała zdanie, że rekonstrukcja historycznych budynków jest niezgodna z kanonami doktryny konserwatorskiej, a tak zwana Karta Wenecka zabrania rekonstrukcji budynków takich, jak Pałac Saski. Pojawiały się nawet opinie, że Pałacu Saskiego odbudować nie wolno.

M.B.: Samo zagadnienie istnieje cały czas i istniało w Warszawie od końca wojny. Właściwie odbudowując Nowy Świat, wcale nie odbudowaliśmy go takim, jakim był przed wojną. Odbudowaliśmy pewną bajkę z osiemnastego wieku. Nie mówię już o Krakowskim Przedmieściu i Starym Mieście, które też zostały odbudowane w innej formie. To jest taka bajka… Częściowo oryginalna, częściowo prawdziwa, a częściowo zupełnie zmyślona.

Kiedyś byłem zdania, że należy być bardzo ostrożnym w odbudowywaniu historycznych budynków, ale to zdanie zmieniłem kilkadziesiąt lat temu. Uważam, że w Warszawie, w której, co tu w ogóle ukrywać, zburzono prawie wszystkie budynki w lewobrzeżnej części miasta, dyskusja jak np. w Wenecji czy w starej części Mediolanu, o tym czy drzwi w starej kamienicy zrobić na nowo, czy je zrobić na staro, jest w ogóle bezprzedmiotowa. Tam większość budynków to są stare zabytki.

W Warszawie niemal wszystko zostało zniszczone. W takim mieście stworzenie atmosfery i odtworzenie historii, oczywiście jedynie w pewnym malutkim zakresie, biorąc pod uwagę obecną skalę miasta, jest ważniejsze od dylematów konserwatora. Odtworzenie Pałacu Saskiego jest tylko kwestią tego, jaki chcemy mieć Plac Piłsudskiego. Czy chcemy mieć zamknięty plac, który ma cztery ściany? Jeden chce tak, a drugi chce inaczej. Ale czy ktoś może sobie wyobrazić dzisiaj Plac Zamkowy bez Zamku Królewskiego, który został przecież sztucznie odtworzony?

Należę do tych, którzy uważają, że należy odbudować Pałac Saski i może należy odbudować jeszcze parę innych budynków. Są na przykład różne kamienice, które można odbudować lub przywrócić im przedwojenne formy.

Jest na przykład taka kamienica na rogu Kredytowej i Placu Dąbrowskiego, tam są nocne kluby. Tej kamienicy po wojnie całe trzy czy cztery piętra obcięto. Spokojnie tę kamienicę można odbudować i pokazać, jaka była dawniej skala architektury warszawskiej. Z punktu widzenia historyka sztuki uważam, że absolutnie można odbudowywać zniszczone budynki, a w szczególności można to robić w Warszawie.

W Warszawie jest też oczywiście przykład odbudowanego Pałacu Jabłonowskich – starego Ratusza. Dobrze, że nie musieli pięter i klatki schodowej tam wpychać w te okna. Jakby ktoś pomyślał, to by je tak schował, że nie byłoby ich widać. Głupota. Ale dzisiaj w ogóle nie ma żadnej dyskusji, że odbudowa historycznych fasad na Placu Teatralnym była potrzebna – przede wszystkim dla samego Placu Teatralnego. Uczestniczyłem w przesunięciu Pomnika Bohaterów Warszawy – Warszawskiej Nike, który tam stał.

Dzisiaj nie można sobie wyobrazić Placu Teatralnego bez tego budynku, który tworzy pewne pendant do Teatru Wielkiego. Trzeba tylko zrobić ten plac jeszcze, przywrócić przedwojenny zieleniec zamiast parkingu, który tam jest obecnie. Należałoby to zrobić, no wielka mi sztuka! Tu niestety nie można mówić o przestrzeni publicznej. Plac z tymi samochodami, w szczególności jak coś się dzieje w Operze Narodowej, jest przecież paskudny… W Strategii Rozwoju to wszystko było.

Uważam, że dyskusja o zasadności rekonstrukcji Pałacu Saskiego z punktu widzenia konserwatorskiego jest w ogóle nie na miejscu. Są jednak takie miejsca, gdzie warto dyskutować. Na przykład jak się mówi o tej Emilce nieszczęsnej i pocięciu jej na kawałki… przepraszam, ale jest to przecież śmieszne. Śmieszne by ciąć beton na kawałki, a potem go składać – czegoś takiego to nie ma w technice budowlanej. Albo się to burzy i buduje taki sam nowy. Ale to są teraz zabytki. Wszystko to jest bez najmniejszego sensu, bo przecież decyzję tę podjęto w momencie, kiedy sprzedano Griffinowi tę działkę, tak? Rozpaczliwy wpis do ewidencji, potem nie-wpis, a teraz znowu wpis. Ale widocznie tak to jest. Może to takie odzwierciedlenie czy raczej obraz w krzywym zwierciadle naszego społeczeństwa.

S2018: Biorąc pod uwagę tę nieprzewidywalność prowadzenia procesu inwestycyjnego w Warszawie, o której Pan wspominał, miał Pan jakieś szczególne trudności związane z budową wieżowca Cosmopolitan?

M.B.: To było w ogóle niesłychanie ciekawe doświadczenie, ponieważ nigdy wcześniej żadnego wieżowca nie budowałem. Dostałem tę możliwość i jako prezes tej spółki mogłem zajmować się tym, co było najważniejsze – zadaniem bardzo ciekawej budowy. 1500 ludzi na miejscu, różnego rodzaju problemy, to nie było zadanie publiczne, tylko zadanie prywatne, więc wszystko musiało się zgadzać. Tempo prac, budżet – nie można tego było ani rozciągać w czasie, ani w pieniądzach. Wielkim wyzwaniem było zbudowanie 250 wykończonych mieszkań. W Polsce chyba nikt nie zrobił wcześniej 250 wykończonych mieszkań. A cały problem polegał na tym, że sprzedając te mieszkania, mieliśmy do czynienia z najbardziej wrażliwymi i wymagającymi odbierającymi, którzy kupując mieszkania, brali również inżynierów do odbiorów. I zadaniem było mieć jak najmniej usterek. Wyszło mi w każdym razie, że na każdych 10 pracowników fizycznych potrzebny był jeden umysłowy do sprawdzania tego, co i jak oni zrobili. Wtedy gwarantuje to odpowiednią jakość. Bardzo to było interesujące.

W każdym razie pod wieloma względami w Warszawie jest co robić. Naprawdę jest co robić. Pałac Saski to jest jedna z wielu rzeczy do zrobienia w Warszawie.

S2018: A jak Pan wspomina swoją współpracę z prezydentem Warszawy, Lechem Kaczyńskim?

M.B.: Współpraca z prezydentem była najlepsza z możliwych. Wyrażało się to między innymi tym, że bardzo szybko stworzyliśmy zgrany team, w skład którego wchodzili: Mirek Kochalski, Elżbieta Jakubiak, Marcin Dziurda, Robert Draba, Adrian Dworzyński, matkowała nam Danuta Wawrzynkiewicz – skarbnik m. st. Warszawy.

W rękach Lecha były decyzje polityczne. Wydawał nam pewne polecenia, ale nie zajmował się codziennym nadzorem. Wytyczał kierunki, ale nie ingerował w prowadzone sprawy. To było naprawdę bardzo przyjemne. Pamiętam ten czas. Potem oczywiście stały się różne rzeczy. Lech Kaczyński wygrał wybory prezydenckie. Niestety, z punktu widzenia Warszawy to szkoda, że wygrał te wybory, bo gdyby został w Warszawie, to miałby pewną reelekcję, przekonałby ludzi do siebie rozpoczętymi przez nas inwestycjami.

Byłem od tego, żeby coś zrobić. A to co należało zrobić, mówił Lech, jak np.: „zrób to Muzeum Powstania Warszawskiego. Weź to i zrób. Masz na to rok czasu”. Trzeba było zrobić konkurs, znaleźć budynek, zrobić projekt, wykonać pracę, i zrobić wystawę… na szczęście wystawę robił Ołdakowski z Kowalem. Muzeum miało być, to było. Drugi etap wystawy oddano trochę później, ale pierwszy był zrobiony. To było bardzo ważne dla Warszawy. Przecież było tysiące możliwości, gdzie można było zrobić to muzeum. W budżecie miasta kwoty przeznaczone na Muzeum Powstania Warszawskiego w ogóle nie miały większego znaczenia. I co, nie mógł tego zrobić nikt inny przez tyle lat? Nie mógł Święcicki, Piskorski, Kozak, Wyganowski? Nie mogli tego zrobić?

Naprawdę uważam, że był to bardzo dobry okres. I mnie to niesłychanie odpowiadało, bo to była moja pierwsza praca.

S2018: Pierwsza praca w Polsce?

M.B.: Nie, w ogóle. Zawsze miałem własną firmę, rysowałem domy dla ludzi, miałem klientów, budowałem, rysowałem, budowałem, rysowałem. Zaczynałem jako bardzo młody człowiek i tak cały czas żyłem. A w Urzędzie m. st. Warszawy to była moja pierwsza praca. Okazało, że to praca tytaniczna, ale bardzo dobrze to wspominam i bardzo żałuję, że to się tak szybko skończyło. Nie dlatego, że daje to dużo prestiżu, bo daje. Ale dlatego, i głównie dlatego, że w Warszawie jest tyle do zrobienia.

Ceremonia podpisania umów na obudowę Pałacu Saskiego i rewitalizację Krakowskiego Przedmieścia - 21 czerwca 2006 r.S2018: W 2006 roku, podczas ceremonii podpisania umowy na odbudowę Pałacu Saskiego Prezydent Kaczyński powiedział o Pałacu Saskim: „jak ktoś się uprze, to musi się udać”. Niestety, jak dotąd się nie udało.

M.B.: Lech Kaczyński nie mógł przewidzieć tego, że Marcinkiewicz przegra 40 000 głosów mieszkańców Białołęki, gdzie Pani Waltz oszukała tych ludzi, mówiąc, że nie będzie ani spalarni, ani oczyszczalni. A powstała zarówno oczyszczalnia, jak i spalarnia.

Okres warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego to był bardzo krótki czas, raptem trzy lata. Jak sobie pomyślę, ile lat rządzi Hanna Gronkiewicz-Waltz i co oni zrobili, a co my zrobiliśmy przez ten okres trzech lat… Mieliśmy z Mirkiem Kochalskim sporo sukcesów. Ale potem przyszedł 2006 rok, Marcinkiewicz przegrał wybory i się skończyło. Wszystkich się pozbyto. O tym należy pamiętać, gdy się teraz mówi, że są jakieś zmiany.

Ale odbudowa Pałacu Saskiego prędzej czy później na pewno się uda. Tak jak uda się postawić pomnik na Krakowskim Przedmieściu. Przecież to takie głupie mówić, że nie można, prawda?


Więcej informacji o umowie na odbudowę Pałacu Saskiego można znaleźć na stronach Urzędu m.st. Warszawy oraz Kancelarii Prezydenta RP:

„Odbudowany Pałac Saski będzie salonem Warszawy” – 21 czerwca 2006 r.
„Jak ktoś się uprze – musi się udać!” – 21 czerwca 2006 r.